Strona ta zawiera kilka moich refleksji na temat Markiza de Sade oraz jego twórczości,

wybrane cytaty i zdjęcia La Coste (współczesne).

Co pozostało z pragnienia miłości?

nieuchwytnych odblasków nadziei

zbezczeszczonych poprzez macki

                                               natury?

 

Chcieć jeszcze dalej zajść w uliczkę

                                               bez końca

            bez celu i początku

Pogrążać się w regresie wolności

 

twoje ręce zostały obcięte

nogi zakłute w kajdany

 

twoje ślepe oczy widzą

słodkie usta śpiewają,

            gdy wszyscy zatykają uszy

 

zbuduj własną klatkę z wikliny

w niej czekać będzie ofiara...

 

                                   marzec, 1995

                        po rozdaniu Oskarów

 

 

 

 

 

 

 

            W mojej filozofii zachodzi pewna pozorna sprzeczność. Wynika ona z pragnienia przemocy i gwałtu będących owocem wielkich namiętności przy jednoczesnym szacunku dla pragnienia życia – już, gdy sformułowałam to w ten sposób widać, że żadna sprzeczność we mnie nie zachodzi. Ja nie pochwalam celu, do którego dochodzi drapieżca. Nie uważam też, aby życie posiadało jakąkolwiek wartość samą w sobie – jest ono przecież tylko pewną formą skupienia materii. Wszystkie obiekty namiętności są mi równie obojętne, gdyż obiektywnie na nie patrząc są pozbawione wartości jak wszystko. Lecz właśnie sama namiętność budzi we mnie podziw i szacunek. Każda namiętność, każde uczucie, pragnienie, emocja są czymś wspaniałym bez względu jak je nazwiemy i jakie pociągają za sobą koszty, w związku z tym posiadają pełne równouprawnienie na drodze ku spełnieniu, a jedyne, czym można je mierzyć, to ich wewnętrzną siłą.

 

 

(...) Czyż nie więcej to warte niż konanie w otoczeniu księży, którzy zakłócają ostatnie chwile życia niepokojem, groźbami i rozpaczą? Nie, chcę pokazać twoim bigotom, że można umrzeć spokojnie nie upodabniając się do nich; chcę ich przekonać, że nie religii potrzeba, aby skonać w równowadze ducha, ale tylko odwagi i rozsądku. (...)

 

Markiz de Sade

 

           

            (...) Zawsze byłem przejęty tak wielkim respektem dla Pisma Św., zawsze wierzyłem, że niebo stoi otworem przed tymi, którzy naśladują bohaterów tej świętej księgi... Ach, mój drogi! Nie dziwi mnie już szaleństwo Pigmaliona! Czyż historia świata nie jest pełna podobnych słabostek? Nie trzebaż było od tego zacząć, aby zaludnić ziemię? A w jaki sposób mogło to stać się zbrodnią, jeśli wówczas nią nie było? Co za niedorzeczność! Młoda dziewczyna nie może mnie podniecać, ponieważ miałem nieszczęście przyczynić się do wydania jej na świat?! To, co winno najbardziej ją do mnie zbliżyć, ma być powodem oddalenia? Mam patrzeć na nią chłodno i obojętnie, ponieważ jest do mnie podobna, ponieważ płynie w niej moja krew, a więc dlatego, że jednoczy w sobie wszystkie zalety zdolne wzbudzić najgorętszą miłość! Co za sofizmaty, co za bzdury! Zostawmy głupcom obowiązek poszanowania tych śmiesznych zakazów; nie dotyczą one umysłów takich jak nasze. Królestwo piękna i święte prawa miłości nie mają nic wspólnego z nędznymi konwencjami społecznymi. Usuwają je precz swoim blaskiem, podobnie jak promienie słońca oczyszczają ziemię z mgieł, którymi spowita jest noc. (...)

 

Markiz de Sade

 

Markiz napisał: (...) przewaga Cnoty nad Występkiem, wynagradzanie dobra przy jednoczesnym potępieniu zła – oto powszechnie stosowana konstrukcja wszystkich dzieł tego gatunku [ chodzi o powieści ]. Czy nie należałoby wreszcie poniechać tej nużącej monotonii?

Ukazać wszędzie tryumfującą Zbrodnię, a z Cnoty uczynić ofiarę jej występnych poczynań. (...) Tak właśnie; o to zawsze chodziło mi. Dlatego, kiedy ostatnio oglądałam „Gwiezdne wrota”, odczuwałam taki niesmak z powodu śmierci Re (odczuwałam niesmak na długo zanim umarł, gdyż trudno byłoby nie domyślić się – taki schematyczny film – na marginesie; bardzo ubolewam nad przeedukowaną marnością wielu ostatnich hollywoodzkich scenariuszy. Nie myślcie tak długo, bo już gonicie własny ogon).

Ten sam niesmak odczuwam wiele razy, przy większości czytanych książek i oglądanych filmów. Książek może nie tak bardzo, gdyż nigdy nie zakuci w dyby pisarze (nie o wszystkich można to powiedzieć) są odważniejsi.

Dlatego właśnie podobało mi się zakończenie „Wywiadu z wampirem” jak i zakończenie „Urodzonych morderców”.

 

 

 

Dalej pisze Markiz: (...) Przedstawić nieszczęsną istotę, popadającą z niedoli w niedolę, obiekt przewrotnych łotrostw i tarczę wszelkich rozwiązłości. Narazić ją na upodobania niezwykle barbarzyńskie i ponad wszelką miarę zwyrodniałe. Odurzyć sofizmatami najbardziej podstępnymi i bezczelnymi. (...) i ze wstępu do „Zbrodni namiętności”; (...) Nigdy, powtarzam, nigdy nie odmaluję zbrodni inaczej, jak tylko w kolorach piekła; chcę by ujrzano ją obnażoną, by odczuwano przed nią lęk, by jej nienawidzono i nie znam doprawdy lepszego sposobu na osiągnięcie tego celu niż ukazywanie zbrodni z całą charakterystyczną dla niej ohydą. (...)

Właśnie!!! Anne popełniła straszny błąd robiąc w  „Wampirze Lestacie” z Lestata nieszczęsną dziewicę. Powinna pozostać przy jego pierwszym obrazie, powinna uczynić go okrutnym, odrażającym libertynem, powinien był być bratem bliźniakiem Valmonta. To, że jest piękny nie szkodzi tak bardzo, gdyż w jego wyglądzie odciska się znamię „zberezieństwa” – jak to określiła jedna moja koleżanka. Jest piękny, lecz wywołuje niechęć we wrażliwych, cnotliwych duszach.

Jeżeli chce się, aby zwyciężyło zło, musi ono być prawdziwym złem. Nie wolno odwracać „kota ogonem”, twierdzić, że zło to dobro, a dobro to zło. Knoxowie również są zbyt piękni, mój Artaud jest zbyt dobry. Ciężko jest całkowicie pozbyć się piękna. Nawet libertyni de Sade’a; ci najgorsi z nich odznaczają się dużych rozmiarów penisami. Tylko prawdziwe zło i zwyciężające zło sprawia rozkosz.

Piszesz Markizie: (...) Wydać na pastwę najprzemyślniejszych uwiedzeń, na przekupstwa prawie niemożliwe do odparcia. Sprawić, iż jedyną dla niej obroną przeciw tej lawinie nikczemności będą: wrażliwa dusza, prosty umysł i dużo odwagi. Zaryzykować – jednym słowem – obrazy najzuchwalsze, sytuacje najbardziej niezwykłe, maksymy, które mogą jedynie przerażać, najenergiczniejsze pociągnięcia pędzlem. A wszystko po to, by udzielić jednej z najszlachetniejszych lekcji moralności, jakiej człowiek mógłby dziś jeszcze doświadczyć. Przyznam, iż byłoby to dotarciem do celu mych zamierzeń drogą mało dotychczas uczęszczaną.(...) Cóż za demagogia przemawia z twych ust Markizie! Podziękowania, iż należysz do tego typu szlachetnych ludzi, których polityka nie pociąga, gdyż jakże pokrętnym byłbyś, jak niebezpiecznym demagogiem (de Sade twierdził, iż ten sposób przedstawiania zła ma mieć cel moralizatorski). Jesteś zły, lecz świadomie zły. Nie jesteś zły tak jak są źli naprawdę źli ludzie. Ty jesteś wrażliwy. Całość można określić jednym słowem: paradoks. Czytelniku oprzyj się mojej argumentacji; otrzymasz za to laury, lecz nie możesz oprzeć się, jeżeli jest w tobie zwierzę, jeżeli natura skłania cię do okrucieństwa.

Wielbię Cię Markizie, podziwiam Twoją przebiegłość. Jesteś pierwszym pisarzem, który wzbudził we mnie pożądanie.

Usiłujesz przekonać do swoich twierdzeń, jednocześnie starasz się do nich zniechęcić, gdyż jako libertynowi, jest ci nie na rękę, aby wszyscy byli tacy. Czy może po prostu boisz się, iż ktoś cię posłucha, albo zemsty swoich współczesnych, która i tak była niesprawiedliwie zbyt wielka?

 

Więc tak; jeżeli chce się, aby wygrywało zło (jak wiadomo racja z reguły zawsze jest po stronie dobra) musi to być prawdziwe zło. Nie można przedstawić dobrego – złego, czyli kogoś kto zdaje się zły, lecz w rzeczywistości jest dobry i wygrywa, bo jest dobry. Trzeba przedstawić prawdziwe zło, które jest złe i ohydne i które wygrywa. Teraz jedynie od talentu i intencji autora zależy, jak napisać książkę, by nie była nadmiernie ponura (jak to zrobił autor pewnego kiczu p.t. „Kaine”) ani głupia.  Trzeba dać jej napęd i lekkość nie pozbawiając okrucieństwa i ohydy, a zakończyć ją wygraną zła.

Któż teraz powie o Markizie, że był szalony. On po prostu chciał napisać coś nowego, coś co nie denerwowałoby mdłym zakończeniem. De Sade to pisarz, tak jak ja jestem pisarką. W dobrym zakończeniu zawsze musi tkwić pewna przewrotność. Tak więc u de Sade’a przez cały bieg fabuły wygrywa zło. Na końcu wygrywa dobro (Julieta nawraca się), wygrywa, aby uczynić przewrotność, bo jak wiadomo naprawdę wygrywa zło, nawrócone zło, bo czy może istnieć coś bardziej wygodnego i podstępnego niż nawrócić się tuż przed śmiercią? Nie bądźmy śmieszni. Uroczy Faust zażywa wszelkich rozkoszy życia, by kiedy już nie mógł nic dokonać, pomyślał coś niby szlachetnego, tuż przed śmiercią i podstępnie wywinął się piekłu. Jakże wygodne i jakie podstępne. Za przebiegłość otrzymał nagrodę.

Myślę, że może sama tak zrobię; kiedy już nie będę mogła zażywać uciech po prostu w Ciebie (Utleniony Baranie na Górze) uwierzę. Nie tylko uwierzę, lecz nawet zacznę wielbić niczego nie oczekując w zamian. Będzie to nie tylko wygodne, lecz także dziecinnie proste, gdyż nie stanie mi na przeszkodzie inne pragnienie i inne uczucie, prócz pragnienia oddania Ci czci.

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Przysięgam, że tego nie zrobię. Brzydzę się tego typu „wygodą”, czystym kabotynizmem, tchórzostwem. O wiele bardziej wolałabym pójść do piekła (gdyby było) niż sprzeniewierzyć się samej sobie.

 

Są tacy, którzy twierdzą, iż Markiz skłania się w stronę rozumu. Chciałabym zaprzeczyć. Markiz oczywiście kieruje się rozumem; stara się wysnuwać rozumowe wnioski jednocześnie obdzierając własną osobę z uczuć, lecz tym, co popycha go ku tej drodze są właśnie uczucia, emocje. Człowiek kierujący się rozumem, nie będzie bronił się przed wiarą w Boga, gdyż jest ona wygodna i w niczym nie szkodzi; jeżeli Bóg jest – po śmierci zostaniemy wynagrodzeni, jeżeli go nie ma – nic przez to nie stracimy; spędzimy życie wygodnie, z czystym sumieniem, pogodnym nastrojem, pewnością, iż pewnego dnia zostanie nam objawiona Prawda, a także nie bojąc się śmierci, umrzemy nieświadomi, mając pewność, że się obudzimy. Dla człowieka rozumnego nie powinno być ważne, iż zostanie oszukany, ważniejsze jest to, aby czuł się przyjemnie.

 

 

 

Natomiast Markiz odrzuca to wszystko, cały spokój i pogodę ducha. Doznaje histerii na myśl, o tym iż mógłby zostać oszukany, nabrany. Oczywiście pewną rolę w odrzucaniu Boga odgrywa poczucie winy jakie nas obciąża z powodu wiary w niego i słuszność jego nakazów (lub raczej zakazów – nakazom o wiele łatwiej jest się podporządkować), a także ciągła niepewność; czy jesteśmy dość dobrzy, czy podobamy mu się, czy zasłużyliśmy na jego miłość. Jednak moim zdaniem te kwestie jedynie ułatwiają odejście od niego; nie są natomiast elementem decydującym.

Decyzję podejmuje za nas uczucie. Najpierw pojawia się nienawiść i odraza, a dopiero potem udowadniamy, że go nie ma, aby pozbyć się brzemienia nienawiści. Nienawiść sprawia ból, więc trzeba zabić tego, kogo się nienawidzi, aby móc przestać odczuwać nienawiść. Pytanie; „Skąd bierze  się nienawiść”? W moim przypadku z powodu zawodu miłosnego. W przypadku Markiza muszę szczerze przyznać, iż nie mam pojęcia, co go sprowokowało. Sądzę, że musiało być jakieś poczucie krzywdy, realna przyczyna (pomijając temperament seksualny); wątpię, aby przyczyną było zamknięcie go w  więzieniu – był już za stary, aby dokonywać tak potężnego przewrotu myślowego, chociaż uwięzienie dodało ognia nienawiści, lecz jak wiadomo, już wcześniej nie uznawał „chrześcijańskich zasad współżycia”. Powód mógł być zupełnie błahy, tak błahy i niegodny uwagi jak saneczki „Obywatela Kane’a”.

Oczywiście de Sade wcale nie musi być do mnie podobny, chociaż doszedł do podobnych wniosków, nie musiał koniecznie startować w ten sam sposób. Jednak przy tym, iż kiedyś (np. w dzieciństwie) wierzył w Boga, będę się upierać. Inaczej po prostu temat nie trzymałby się go tak mocno, nie powracałby, nie odczuwałby nienawiści. Dla człowieka, który nigdy nie wierzył w Boga, on nie istnieje. Czysty ateista nie myśli w tego typu kategoriach. Dla niego tak miłość jak i nienawiść wydałaby się bzdurna, niepotrzebna i nudna.

 

Psychika Sade’a jest psychiką człowieka uczuciowego. Czyli jest to taka osobowość, która odczuwa bardzo silnie i bardzo wiele. Umysł, w którym emocje dochodzą do szczytu tak, iż zatraca się ich znaczenie w wyniku czego dochodzi nieraz do przewartościowania. Miłość przechodzi granicę nienawiści, a nienawiść miłości, litość – pogardy, odraza pożądania, strach – podniecenia. (Sądzę, że również podobne osobowości posiadali tak Nietzsche jak i Kierkegaard). Jednak w psychice Sade’a występuje nie tylko „mylenie uczuć” (jak to się psychologicznie nazywa), lecz także jeszcze coś. Jest to ambiwalencja uczuć np. na widok gwałtu odczuwa jednocześnie podniecenie seksualne (ale o wiele silniejsze niż na widok łagodniejszej sytuacji) obok współczucia dla ofiary. To tak, jakby posiadać wgląd w oba umysły; zmysł, który pozwala jednocześnie odczuwać wściekłość i żądzę napastnika jak i ból oraz strach ofiary. Takie jednoczesne odczuwanie jest męczące. Za pomocą woli można zdusić w sobie jedno z uczuć; podniecenie bądź chęć zemsty. Wybór podniecenia sprawia o wiele więcej przyjemności. Przede wszystkim sprawia przyjemność, czego nie można powiedzieć o tym, co się czuje, kiedy utożsamia się z ofiarą.

 

 

 

Markiza można zranić, zadać mu ból, ośmieszyć jego uczucia, a wówczas reaguje natychmiastowo – agresywnie, być może nieproporcjonalnie do impulsu. Ponadto długo trzyma w sobie złość. Nie potrafi znaleźć dla niej upustu, odreagować się. Jest inteligentny, więc wybacza ludziom, gdyż nie wiedzą, co czynią, ponieważ są uwarunkowani. Winę zwala na Boga, a później na całość świata, jego reguły, naturę.

 

(...) Wrażenie rozkoszy jest w naszej duszy rodzajem wibracji, którą odbierają nasze zmysły powstałej albo wskutek wstrząsu wyobraźni rozpalonej wspomnieniem rozkosznego przedmiotu, albo wskutek obecności tego przedmiotu, a  - jeszcze lepiej – przez podrażnienie zmysłów najbardziej odpowiadającym nam zachowaniem tego przedmiotu. W ten sposób nasza żądza, to nieokreślone pobudzenie, które nas ogarnia i wznosi na najwyższy poziom szczęścia, jaki może osiągnąć człowiek, rozpala się jedynie z dwóch powodów: wtedy, gdy realnie lub fikcyjnie spostrzegamy w przedmiocie, który nam służy, najbardziej przez nas pożądany rodzaj piękna, bądź wtedy, gdy widzimy, że przedmiot ten doznaje możliwie najsilniejszych wrażeń. Otóż nie ma silniejszego odczucia niż cierpienie fizyczne. Jego doznania są głębokie, nie budzą najmniejszych wątpliwości, w przeciwieństwie do wrażenia przyjemności, które kobiety nieustannie udają, prawie nigdy go nie przeżywając. Ani miłość własna, ani młodość, ani siła, ani zdrowie, nie są w stanie wywołać u kobiety tego wątpliwego i mało satysfakcjonującego wrażenia przyjemności. Natomiast uczucie bólu nie wymaga szczególnych starań. Im więcej wad cielesnych ma mężczyzna, im jest starszy, im mniej zdolny jest się podobać, tym łatwiej osiąga ten cel. Gdy idzie o cel, to istotę jego rozumiemy najlepiej uświadamiając sobie, że najbardziej podnieca i podrażnia nasze zmysły właśnie to, co wywołuje w służącym nam przedmiocie możliwie najsilniejsze wrażenia jakiegokolwiek rodzaju. A zatem ten, kto wywoła u kobiety najbardziej wstrząsające wrażenie i zbulwersuje jej istotę, bezsprzecznie zapewni sobie największą dozę rozkoszy. Albowiem wzburzenie, jakiego doznajemy obserwując przeżycia kobiety, będzie niewątpliwie żywsze jeżeli jej odczucia będą okrutne, niż gdyby były łagodne lub miłe. W ten sposób egoistyczny rozpustnik przekonany, że jego przyjemności będą tym większe, im więcej obejmą doznań, zada poddanemu sobie obiektowi (kiedy już stanie się jego panem możliwie najdotkliwszy ból wiedząc, że osiągnięta rozkosz będzie tak duża, jak silnymi będą wrażenia, które zdoła wywołać w służącym obiekcie. (...)

 

Donatien Alphonse Francois de Sade

 

(...) A zatem ten kto wywoła u kobiety najbardziej wstrząsające wrażenie i zbulwersuje jej istotę, bezsprzecznie zapewni [jej] największą dozę rozkoszy (...)

 

Ja

 

Nie ma nic bardziej podniecającego niż szaleństwo w oczach mężczyzny. Widzieć w nim jak najsilniejsze pożądanie. Tak silne, aby żadna bariera nie mogła stanąć mu na przeszkodzie (nawet bariera niechęci kobiety), a przede wszystkim dać mu jak największą rozkosz, najsilniejsze doznanie zmysłowe, to sprawić sobie największą przyjemność. Proste, banalne uzależnienie się od emocji innych lub od własnego wyobrażenia o emocjach odczuwanych przez innych.

 

Stąd bierze się moje zainteresowanie Farinellim. Zwyczajnego mężczyznę jest łatwo podniecić (o wiele trudniej jest wzbudzić w nim inne uczucia, np. uczucie miłości – dlatego na nim bardziej kobietom zależy, a nie dlatego, że jest bardziej wartościowe [ W kobiecie bardzo łatwo jest rozpalić miłość, więc mężczyźni bardziej pragną z ich strony pożądania – co ciekawsze nieraz, kiedy je otrzymują, zaczynają bać się i uciekają ]. Dlatego namiętność ze strony kastrata będę cenić sobie wyżej niż namiętność wielu innych mężczyzn ( ta sama zasada [ albo bardzo zbliżona ] dotyczy wampirów [ przedstawicieli innego gatunku, podobnych do nas jedynie w sensie wyglądu fizycznego ] jak i pedałów ).

 

W tym wszystkim jest przeogromna doza próżności, gdyż o wiele bardziej zależy nam na odczuciach innych, niż na własnych ( wobec naszej osoby ). Ponadto jesteśmy w stanie zrobić wszystko, aby poznać prawdę, czyli nie pozwolić sobie zamydlać oczu własnymi wyobrażeniami. Oczywiście naszym celem jest odwzajemnienie uczucia, a ponieważ jest w nas spora potencja doznań, pragniemy, aby partner miał nie tylko potencję, lecz takie same doznania, co wcale nie jest takie proste skoro (...) świat jest pełen żywych posągów, które chodzą tam i z powrotem, działają, jedzą, trawią, nigdy nie zdając sobie z niczego sprawy (...) (cytat z Markiza).

 

(...) Wilki pożerające jagnięta, owce pożerane przez wilki, silny, który poświęca słabego, słaby, będący ofiarą siły – oto natura, jej zmysły i prawa. Odwieczna akcja i reakcja. Natłok cnót i występków, słowem, doskonała równowaga, wynikająca z równych proporcji dobra i zła na ziemi. Równowaga niezbędna dla utrzymania wszechświata i życia, bez której wszystko zostałoby unicestwione w jednej chwili. (...) natura byłaby niezmiernie zdumiona, gdyby nagle mogła z nami podyskutować i gdyby się dowiedziała, że zbrodnie, które jej służą, przestępstwa, których wymaga i do których nas pobudza, są karane przez prawa zapewniające nas, że stanowią odbicie jej zasad. Głupcze, odpowiedziałaby, śpij, jedz, popijaj i bez lęku dokonuj tych zbrodni, skoro uznasz je za słuszne i wszystkie te rzekome występki cieszą mnie i pragnę ich, skoro cię do nich inspiruję. Tylko od ciebie zależy określenie, co jest ze mną sprzeczne lub co mnie zadowala. Pamiętaj, że nie masz w sobie niczego, co nie należałoby do mnie, nic, czego bym ci nie dała z powodów, których znać nie musisz. Najstraszniejsze z twych działań, podobnie jak najbardziej cnotliwe postępowanie kogoś innego, to tylko odmienne sposoby służenia mi. Nie powstrzymuj się więc przed czymkolwiek, drwij z ludzkich praw, umów społecznych i bogów, idź jedynie za moim głosem i wierz mi, że jeśli z mego punktu widzenia istnieje zbrodnia, to jest nią tylko nieposłuszeństwo wobec zamiarów, którymi cię natchnęłam, wyrażające się w twoim oporze czy w twoich sofizmatach (...).

 

D.A.F. de Sade

 

Pełna wolność jakiej pragnie Sade; polega na uwolnieniu się od wszystkich popędów natury, do utraty własnej sobistości, nie różni się wiele od tego co proklamują buddyści. Jednak na buddystów nikt nie napada oskarżeniami o szaleństwo. Tylko dlatego, iż nie stanowią oni potencjalnego zagrożenia społecznego (czyli zagrożenia bezpieczeństwa większości), są bezużyteczni, ale niegroźni, wręcz wygodni, gdyż nawet nie będą bronić się.

Natomiast nikt z was nie jest pewien czy Markiz nie postanowi poszukać wolności w całkowitej uległości wobec nakazów natury.

 

 

 

(...) Właśnie jego barbarzyńskie poglądy wywołują w nim to szalone przebudzenie, które za jakiś czas zobaczysz. Jest w tym podobny do zdeprawowanych pisarzy, których zepsucie jest tak niebezpieczne, tak żywe, iż ogłaszając drukiem swoje okropne systemy mają oni wyłącznie na celu przedłużenie ponad własne życie sumy dokonanych przez siebie występków. Nie mogąc dłużej popełniać zbrodni, mają jednak świadomość, że ich przeklęte dzieła przyczynią się do dalszego pomnażania zła i właśnie ta słodka myśl, którą unoszą do grobu, pociesza ich z konieczności w obliczu śmierci (...). 

   D.A.F. de Sade

- Czy to wyznanie, Markizie? Drobna autoironia? Jakże pragnęłabym wynagrodzić cię, zbrodniarzu, abyś nie musiał zabierać do grobu słodkiej myśli.

 

 

Na temat biografii (filmowej) Markiza de Sade:

 

 

            Les marquis de Sade  

            - qu`on ne s`y trompe pas

            - est l’esprit le plus libre

            qui ait ancore jamais existẻ.

                                               Guillaume Apollinaire

 

 

 

            Ta pierwsza propozycja przewiduje czarną planszę, pierwszy wiersz czerwony I duże litery (właściwy tytuł) oraz dalszy ciąg cytatu – białe litery I mniejsze). Liternictwo do ustalenia: pierwsze propozycje to litery drukowane, dostojne (np. typu antykwa) lub litery sprawiające wrażenie pisanych ręcznie, jednak musi to być bardzo ładne pismo, kaligraficzne (również dostojne) osoby bardzo sympatycznej.

            Film będzie się składał z dwóch części, w sumie powinien trwać około czterech godzin. Pierwsza część obejmuje okres od urodzin (bądź okresu służby wojskowej lub „pierwszej miłości”), aż do momentu stałego osadzenia w Vincennes w sierpniu 1778 r. Scenę aresztowania ukazać w sposób bardzo agresywny i bulwersujący,  następnie zapakować bohatera do więzienia i urwać historię – jeżeli widz nie zna z innego źródła dalszego ciągu, powinien być zaciekawiony i tym bardziej chcieć obejrzeć dalszy ciąg.

 

 

            O ile pierwsza część jest historią awanturniczą, posiada bardzo nośną dramaturgicznie fabułę (rosnące napięcie i zagrożenie ze strony świata zewnętrznego), tak druga powinna być raczej poświęcona aspektom psychologiczno – filozoficznym. Zwróciłabym przede wszystkim baczniejszą niż inni biografowie uwagę na okres pierwszego pobytu w więzieniu (Vincennes i Bastylia). jednocześnie nie należy widza pozbawiać atrakcji w postaci dramatycznej fabuły: należy umieścić tam (nie za dużo i nie za mało) szaleństwa i awantury – zwłaszcza, że będzie to miało również wartość psychologiczną. Jak i umieścić tam napięcie, nutę nadziei (liczę , iż złapię na to widza, który nie wie jak historia skończy się). Łudzić go (widza) możliwością uwolnienia bohatera, tak samo jak sam Donatien łudził się (tą nadzieję powinno utrzymywać się, aż do końca pobytu w Charenton czyli do śmierci).

            Historię opowiedzieć zasadniczo wiernie, bez fantazjowania (chyba, że w miejscach gdzie fakty pozostają niewyjaśnione). Zastanowić się głębiej nad sposobem opowiedzenia, niż nad tym, co ma być opowiedziane (chcemy przedstawić społeczeństwu prawdę – przez duże „P”). „Wielkanoc w Arcueil” i „Marsylską aferę cukierków kantarydowych” przedstawić w wersji oficjalnej (skandal w Arcueil wg wersji markiza z ewentualnym dodaniem jakiegoś przeciągnięcia – np. powiedziała żeby przestał, a on nie przestał i może rzeczywiście powiedział, że ją zabije i zakopie w ogródku – ale przecież to była niepoważna groźba, tylko w celu postraszenia (nie miał w rzeczywistości takiego zamiaru). Przedstawiając sprawę z Arcueil nie mam zamiaru łagodzić historyjki. Nie będę oszukiwać i twierdzić, że tylko ją połaskotał.

            Trzeba również przedstawić wersję nieoficjalną obu „przygód”. Np. w Arcueil: Oszalała Róża keller ucieka przez okno, przeskakuje przez mur i pierwszej napotkanej osobie opowiada niestworzone bzdury, potem oczywiście obstaje przy nich i w ogóle szokujące jest to, że dała się sprzedać w finale wątku. Koniecznie pokazać, co myśleli ludzie, np. rozmowa dwóch zbulwersowanych kumoszek (nie będziemy przecież w filmie cytować listów) współczujących R.K., najbardziej zadziwionych tym, że udało mu się tak szybko wyleczyć ją z ran „które przecież niewątpliwie były”. W takiej sytuacji powinien był dostać nagrodę Nobla za wymyślenie genialnego super perfekcyjnego lekarstwa – może nawet pomogłoby na AIDS. Szkoda, że nie mogę umieścić takiego komentarza w filmie, chyba że wprowadzę narratora, ale to niepewny pomysł – wyszłaby z tego komedia.

            Przy aferze marsylskiej publiczność najprawdopodobniej ryknie śmiechem tak właśnie byłoby najlepiej, mam nadzieję, że uda mi się to w ten sposób zrobić. Ciekawe byłoby również dyskretne wplecenie plotki o wielkiej orgii, na której mężczyźni i kobiety padali z wyczerpania. Można by tą plotkę udoskonalić i dodać, że jeszcze nakłaniał towarzystwo do sodomii (skutecznie) i potem spora część tych, którzy przeżyli, musiała zostać za karę powieszona, zgilotynowana, bądź spalona żywcem na stosie – strasznego zła dopuściłeś się MarkizieJ. (Zosia powiedziała na temat afery Marsylskiej, że to tak, jakby zakazali srania).

 

 

 

 

 

            (...) – Czyżby małżeństwo tak cię uszczęśliwiło?

-         Jeżeli nie, niestety, nie udało się zdobyć twego przywiązania, nie znaczy to, że podobny los czeka każdą kobietę. A może – dodała z westchnieniem – nie wszyscy mężczyźni są do ciebie podobni.

-         Kobiety... fałszywe, zazdrosne, kapryśne, kokietki albo dewotki... Mężczyźni... perfidni, niestali, okrutni, despotyczni... Oto wzory wszystkich istot ludzkich na tym świecie!  Nie sądź, że uda ci się znaleźć jakiegoś feniksa !

-         Jednakże wszyscy się żenią.

-         Tak, głupcy i niedojdy. Ludzie zawierają małżeństwa, jak powiedział pewien filozof, albo nie wiedząc, co czynią albo dlatego, że nie wiedzą, co począć.

-         Ludzkość ma więc wyginąć?

-         Mogłaby z pewnością! Roślina, która rodzi jeno jad, niedługo powinna czekać na wyplenienie. (...)

 

L.A.D. de Sade

 

 

            (...) Unikajmy podejrzeń o zbrodnie: są one zazwyczaj płodem naszej miłości własnej, prawie zawsze wynikiem nieświadomego porównania, które przeprowadzamy w głębi duszy; chcemy u innych dopatrzeć się zła, aby mieć prawo do uważania się za lepszych. Dobrze się jednak zastanowiwszy, czy nie sądzi pani, że lepiej jest dopuścić, aby potajemny grzech nigdy na jaw nie wyszedł, niż w niewybaczalnej lekkomyślności domyślać się rzekomych występków i bez żadnego powodu krzywdzić w ten sposób w naszych oczach ludzi, których oskarża jeno nasza pycha? Czyż zasada taka nie jest pożyteczniejsza? Należy przede wszystkim przeszkadzać w dokonaniu i rozprzestrzenieniu zbrodni, a mniej troszczyć się o jej ukaranie. Pozostając w ciemnościach, których tak poszukuje, nie jestże owa zbrodnia niemal unicestwiona? Skandal łatwo jest wywołać; opowieści o zbrodni budzą zawsze namiętności tych, którzy skłaniają się do podobnych występków. Nieuchronne zaślepienie zbrodniarza każe mu wierzyć, iż będzie miał więcej szczęścia niż sprawca właśnie wykryty: to już nie lekcja, której mu udzielamy, to wprost zachęta! (...)

 

L.A.D. de Sade

 

           

 

            De Sade jest Justyną. Nie wiem, czy był tego świadomy tworząc postać głównej bohaterki „Nieszczęść cnoty.” Niemniej Justyna posiada wyraźny rys charakteru własnego demiurga (została stworzona na jego obraz i podobieństwo – z równym uporem zmierza pod prąd ogólnych tendencji. W świecie, w którym żyje, przekonania, jakim hołduje, nie znajdują najmniejszego uzasadnienia – Otacza ją zła natura, źli ludzie, zły Bóg – zwycięska zła większość. Niemniej ona, wbrew wszelkim przesłankom postępuje wciąż według tych samych niedorzecznych, nie przynoszących najmniejszych korzyści (materialnych ani duchowych) zasad. Jest niemożliwością, aby jej sposób myślenia oraz postępowania uległ zmianie. Została skazana przez swoją psychofizyczną konstrukcję. W zaistniałej sytuacji ma teoretycznie dwa wyjścia; być sobą, lecz wówczas cierpieć z powodu prześladowań większości, bądź zdradzić siebie; skłamać co do własnego charakteru, założyć maskę i zachowywać się zgodnie z narzuconymi obyczajami społeczności, lecz i wówczas nie będzie szczęśliwa, gdyż jej „ja” nie będzie zaspokojone. Justyna i jej demiurg wybierają pierwsze wyjście, ale ich wybór nie jest dobrowolny (chociaż i tak nie chcą zmienić zdania, mimo, iż de Sade zdaje sobie sprawę z irracjonalności własnego postępowania). Decyzje warunkuje ich psychofizyczna struktura – oboje nie są w stanie znieść kłamstwa do tego stopnia, iż nawet, gdyby chcieli, nie potrafią kłamać, odczuwają niepohamowany wstręt. Kto ma „duszę” niech powie; kto jest bardziej „moralny”: Justyna – de Sade czy świat – kłamstwo (wataha filistrów) pomiędzy których ich wrzucono?

            Mimo czarno-widzenia własnego finału (zakończenie „Nowej Justyny” de Sade nie zmienia postawy. Zastanawiam się, czy wyobrażał sobie, iż znajdzie takiego wielbiciela jak ja i upajał się ową wizją. Przypuszczam, że tak, gdyż bardzo zależało mu na popularności własnej twórczości (nie zatroszczył się o czerpanie z niej zysków). Tak więc de Sade jest przykładem najwyższej odwagi i odporności psychicznej. Nie tylko poświęcił własne dobro materialne w imię idei (skazał się na trzydziestoletnie więzienie, fatalne warunki materialne) ale i skazał własne imię na mroczną pamięć, gdyż nawet najdrobniejsze pójście na kompromis byłoby absolutnym sprzeniewierzeniem się sobie. Jego pragnienia czystości niepodobna zmierzyć jest transcendentną nieskończonością.